Zlot dla nas rozpoczął się jeszcze przed zlotem, bo w czwartek wieczorem w deszczu przyjechaliśmy do Chorzowa, w którym czekali na nas Szaman z Sarą i Chudy z Rudym. Szamany przyjęły nas jak najbliższą rodzinę, Sara zrobiła pyszne kanapki, uwieczniliśmy nasze wysokości przy ścianie i rozmawialiśmy do późnej nocy.

 

 

W piątek po południu wyruszyliśmy w dwa maluchy do Pszczyny, w której spotkaliśmy się z Bonusem, Dejwem i Mickelem i razem pojechaliśmy do Żywca. Na campingu rozpakowaliśmy się i podjęliśmy próbę zawieszenia banneru Rezerwy na naszym domku. Próba była bardzo ambitna i zakładała podwieszenie bannera nad daszkiem nad drzwiami, oraz opasanie całego domku sznurkiem. Po próbach, w które zaangażowane było 5 osób i które trwały dwie godziny byliśmy zmuszeni poddać się i ułożyć plakat w reprezentacyjnym miejscu na trawniku.

Próby zawieszenia banneru.

 

Po zakończeniu walki z bannerem tradycyjnie rozpaliliśmy grilla i odpieczętowaliśmy butelki z alkoholem (polskim, nie czeskim). Po kilku toastach (między innymi za rezerwę, za bonusa i za wszystko) chwyciliśmy kieliszki i butelki w dłonie i śpiewając głośno ?przeżyj to sam? poszliśmy z nimi na sąsiedni camping, aby zapisać się na zlot. Po drodze wznosiliśmy liczne toasty i pieśni, przy czym głośność śpiewów rosła odwrotnie proporcjonalnie do ilości alkoholu w butelkach. Przy okazji spożywania alkoholu oficjalnie do grona rezerwistów włączyliśmy Kubę,

Wycieczka na Lagunę.

 

Err i Dżordż wydawali się być lekko zaskoczeni, gdy w ich domku pojawiło się nagle dziesięć rozśpiewanych osób, które domagały się rejestracji i szybko zaprosili nas do wielkiego namiotu, w którym dostaliśmy formularze do wypełnienia.

Inwazja na domek organizatorów.

 

Po wypełnieniu papierków Bonus podjął się własnoręcznego powieszenia banneru na drzewie, na co są dowody w postaci zdjęć. Chwilę później w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach znaleźliśmy się w okolicy domku Węgrów, z którymi wykończyliśmy wszystkie posiadane alkohole wysokoprocentowe.

Dzielny Bonus sam poradził sobie z powieszeniem banneru.

 

Integracja z Węgrami.

 

W tym samym czasie, lub też chwilę później zlokalizowaliśmy przepyszne piwa raciborskie, które do Żywca przywiózł Bonus. Były one na tyle silne, że spowodowały śpiewy z okna na strychu, oraz konkurs na to ile osób zmieści się w szafie.

Wieczorne serenady z okna...

 

...oraz konkurs na ilość osób w szafie.

 

Chwilę po tym poległ Bonus, który wraz z Pumexem padł w pełnej odzieży na łóżko i nie ruszył się do rana. Pumexiu natomiast po pewnej chwili przebudził się i spotkał Szamana, który powiedział że idzie się kąpać. Pumex, podchwycił ten pomysł, ochoczo pobiegł na strych po piżamę, ręcznik i kosmetyczkę.

W łazience okazało się, że nie ma w ogóle ciepłej wody. W pumexowej głowie tkwiło jednak przekonanie o absolutnej konieczności umycia się, więc stanął pod lodowatym prysznicem i umył włosy szamponem. Po długiej kąpieli wróciliśmy do domku i padliśmy do łóżek.

Równolegle do tych wydarzeń trwała integracja z Węgrami. Polegała ona między innymi na nauce języka węgierskiego, jednak to zadanie przerosło Kapsla i Mickela. Natomiast Węgrzy bez problemu wypowiadali coraz to śmieszniejsze kwestie po polsku. Zabawa trwała do późnej nocy. Po powrocie do domku Kapsel wraz z Mickelem zastali zwłoki trzech ciał w osobach Pumexa, Bonusa i śpiącego na siedząco (!) Dejwa.

Śpiący Dawid + reszta zwłok.

 

Rano na campingu pojawiła się ekipa z Sosnowca. Przywitaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy na Górę Żar, na której spotkaliśmy resztę zlotowiczów i mieliśmy okazję podziwiać niesamowite górskie widoki.

Wyprawa na górę Żar.

 

Rezerwa na krańcu świata.

 

Z góry kolumną maluchów pojechaliśmy na żywiecki rynek, po zaparkowaniu na nim poszliśmy na pyszną pizzę, a później rozmawialiśmy ze spotkanymi zlotowiczami i oglądaliśmy samochody.

Z rynku pojechaliśmy na parking przy amfiteatrze, na którym odbywała się próba sprawnościowa, konkurs z wiedzy o 126p, oraz wspólne zdjęcie z lotu ptaka, na którym maluchy zlotowiczów układały się w napis ?126p?.

Lajkonik szoruje kołpakiem po asfalcie.

 

W atrakcjach na rynku i przy amfiteatrze niestety nie uczestniczyli rezerwiści z Sosnowca i Curek, bo w tym czasie walczyli z awarią alternatora w bisie Delmuta, oraz z maglownicą w maluchu Łobuza. Gdy wróciliśmy na camping, nasi koledzy byli już w stanie wskazującym na spożycie alkoholu i sprawiali wrażenie niesamowicie szczęśliwych. Dodatkowo czekała na nas niespodzianka w postaci zabarykadowanych drzwi do domku. Przed drzwiami stała huśtawka i kempingowy stolik, które nie dość, że były obwiązane sznurkiem, to dodatkowo zostały wysmarowane pastą do zębów. Sprawcami okazali się Węgrzy.

Wojna polsko-węgierska.

 

By tradycji stało się za dość, rozpaliliśmy grilla, a chwilę później śpiewaliśmy już wszystkie znane nam polskie pieśni, pobiliśmy ubiegło dniowy rekord w ilości osób zmieszczonych w szafie i zastanawialiśmy się nad zemstą wobec Węgrów. Dodatkowo Kapsel skonstruował rebus (niestety na zdjęciach dość mało widoczny):

Kolejne rekordy dotyczące szafy.

 

Rozwiązanie rebusu: Curek, ogórek, kiełbasa i sznurek. (niestety fotografujący był w takim stanie psychofizycznym, że niestety nie dał rady uchwycić ogórka na zdjęciu)

 

Chwilę później znów znaleźliśmy się na dworze, gdzie w kilkanaście osób oglądaliśmy Kilera, recytując z pamięci wszystkie dialogi. Jeśli wcześniej Węgrzy nie wątpili w nasz stan psychiczny, z pewnością zrobili to właśnie w tym momencie. Niestety, nasz wieczór filmowy został niespodziewanie przerwany przez Curka, który postanowił zapewnić zlotowiczom kilka chwil niesamowitej zabawy, kosztem własnych 400 zł. Obiektem zainteresowania Curka okazały się być dwie duże gaśnice, jak się okazało nadspodziewanie sprawne. I tak o to cały kemping łącznie z Węgrami (w których w ramach odwetu została wymierzona jedna z gaśnic) znalazł się na dłuższą chwilę w białym obłoku. Niestety, nie posiadamy żadnych zdjęć z tych wydarzeń.

Po ?drobnej? reprymendzie właściciela kempingu wszyscy grzecznie posprzątali i wrócili do swoich domków. W jednym z nich Dawid jak co wieczór zasnął na siedząco.

Dawid znowu w swojej ulubionej pozycji.

 

Niedzielny poranek zaczęliśmy od usuwania skutków wczorajszej akcji gaśniczej i pakowania się. Curek postanowił wygłosić przemówienie, w którym pragnął przeprosić wszystkich, którzy ucierpieli psychicznie i fizycznie przez jego wybryki (prawie jak na wycieczce klasowej).

Oficjalne przeprosiny Curka :)

 

Złożyliśmy podpisy na pamiątkowym pocissssku? pamiątkowym obelisssku, po czym wyruszyliśmy w kierunku Kozubnika. Niestety, zaraz po wyjeździe z kempingu Maluch Synchra zgasł i odmówił dalszej współpracy. Rozpoczęło się szukanie winowajcy: podejrzenia padały na wyładowany akumulator, brak ładowania, zepsuty rozrusznik, uszkodzoną cewkę, aparat zapłonowy, a maluch był odpalany na pych, a następnie doganiany przez resztę kolumny tyle razy, że niewiele brakowało a wkrótce tym sposobem dotarlibyśmy do Kozubnika. W końcu udało nam się zlokalizować awarię ? uszkodzony przewód od rozrusznika, który momentami zwierał do karoserii i powodował zanik iskry. Na szybko założyliśmy maluchowi bypassy i pojechaliśmy dalej.

Jeden robi, reszta patrzy.

 

Niektórzy z nudów wyruszyli na grzybobranie, jak widać na powyższym zdjęciu z pozytywnymi skutkami.

 

Bypassy w Maluchu Synchra.

 

Niestety naprawa nie zadziałała na długo. Po kilku kilometrach znów znaleźliśmy się na poboczu. Część osób dalej naprawiała synchrowy pojazd, część dbała o bezpieczeństwo na drodze, a część (w sumie to tylko Dawid) dbała o żołądki rezerwistów i poszła zdobywać pożywienie.

Po co pchają, jak jest z górki?!

 

Starszy sierżant Chmielu z suszarką.

 

A ten znowu na grzybach...

 

Pojazd został definitywnie, aczkolwiek tymczasowo naprawiony dzięki całkowitym odłączeniu instalacji elektrycznej i zastąpieniu jej zewnętrznym akumulatorem zasilającym jedynie cewkę. Pozwoliło nam to, tym razem już bez niespodzianek, dojechać do Kozubnika ? opuszczonego kompleksu hoteli, zamkniętego w latach 90.

Na miejscu zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia ?z lotu ptaka?, pożegnaliśmy się z uczestnikami i organizatorami zlotu (Pumexio zdążył jeszcze odebrać nagrodę za największą odległość pokonaną na zlot) i rozpoczęliśmy zwiedzanie opuszczonych budynków. Jak się okazało, było warto ? niektórzy znaleźli w nich pełnowartościowe części do maluchów, a widoki jakie rozpościerają się z ruin są niesamowite.

Nagroda dla Pumexa za przebycie największej odległości na zlot.

 

Pamiątkowe zdjęcie z Kozubnika.

 

Niektórzy znaleźli całkiem niezłe fanty.

 

To kto skacze?

 

Po wyjściu z budynków przyszedł czas na pożegnanie. Synchro, Wojtek, Curek, Chmielu, Kargul, Sonia, Łobuz i Bożenka, a także Amor z Justyną i Iwem pojechali w kierunku Sosnowca, a Kapsel, Pumex, Bonus, Szaman, Sara, Mickel i Dawid w kierunku Pszczyny. Po drodze zachaczyliśmy o fabrykę Fiata w Bielsku-Białej, a także zjedliśmy obiad w McDonaldzie w Czechowicach Dziedzicach. W Pszczynie ze smutkiem rozdzieliliśmy się na dwie grupy ? jedną jadącą dalej na Śląsk i drugą, jadącą w kierunku Łodzi.

Powrót do korzeni.

 

Zdrowe odżywianie :)

 

Podsumowując, zlot uważamy za bardzo udany. Świetna organizacja, ciekawy program i oczywiście jak zawsze super ekipa pozwoliły nam na świetną zabawę i mnóstwo niezapomnianych wrażeń.  Mamy nadzieję, że za rok znów zobaczymy się w Żywcu!

Więcej zdjęć ze zlotu:

Kapsla i Pumexa

Curka

Relacja: Kapsel & Pumex

Zdjęcia: Kapsel & Pumex, Curek